W 1970 roku grupa mieszkańców San Juan de la Rambla pod wodzą Manuela Borgesa uznała, że naturalny basen pod ich miasteczkiem jest za mały. Pieniądze próbowali zebrać na wiejskiej zabawie, ale ta okazała się klapą i uratowała ich dopiero loteria z samochodem do wygrania. Kupili dynamit oraz olej napędowy, wynajęli dwóch robotników i rozsadzili skałę u stóp klifu. Roboty przy samym basenie i przy zejściu do niego ciągnęły się blisko dwa lata. Pół wieku później hiszpańskie media ogólnokrajowe nazwały Charco de la Laja najlepszym naturalnym basenem w kraju.
Ta historia sporo mówi o miasteczku. San Juan de la Rambla leży na północnym wybrzeżu Teneryfy, między La Guanchą a Los Realejos, i cała gmina liczy około pięciu tysięcy mieszkańców. Stare miasto od 1993 roku jest chronione w całości jako zespół zabytkowy.
Gmina zajmuje niecałe 21 km², ale rozciąga się wąskim pasem w głąb wyspy i sięga aż po Risco de la Fortaleza na wysokości 2163 m n.p.m. Wybrzeże jest tu urwiste, a stare miasto ściśnięte kilkadziesiąt metrów nad wodą, między krawędzią klifu a stokiem, po którym wspinają się tarasy uprawne. Co ciekawe, urząd gminy nie stoi w tej najładniejszej części, tylko w sąsiedniej, większej dzielnicy San José.
Kościół, któremu wiatr zerwał dach
Za założyciela osady uchodzi portugalski osadnik Martín Rodríguez, który około 1530 roku postawił tu kaplicę. W 1542 roku biskup zezwolił na udzielanie w niej sakramentów, a od 1558 roku świątynia działała już jako parafia. W następnym stuleciu dobudowano drugą nawę, nazwaną od ołtarza Matki Bożej z Candelarii.
Najgorszy dzień w dziejach kościoła przyszedł w 1722 roku. Sztorm zerwał dach, a woda podmyła fundamenty. Odbudowa zajęła cztery lata. Efektem kolejnych przeróbek jest budowla o dwóch nawach, z fasadą rozciętą dwoma kamiennymi łukami i kamienną wieżą zegarową.

Stan na kwiecień 2026: kościół był w remoncie, fasadę odgradzały metalowe barierki i taśma ostrzegawcza, a na ścianie wisiał baner z informacją o restauracji świątyni. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy wnętrze jest już dostępne.
Plac przy kościele nosi imię Rosario Oramas, dziewiętnastowiecznej mieszkanki miasteczka. Sporą część majątku wydała na dobroczynność i na kościół, a razem z bratem, tutejszym proboszczem, opłaciła instrumenty, z których wyrosła miejscowa orkiestra. Wokół placu stoją kamienice dawnych rodzin, a największa zajmuje cały kwartał i ma drewniany balkon zamknięty ażurową kratownicą. Stoi tu również drewniany krzyż, jeden z kilku w miasteczku. Takie krzyże są stałym elementem kanaryjskiej ulicy. Raz do roku wychodzą na pierwszy plan, 3 maja, gdy podczas Fiestas de la Cruz przystraja się je kwiatami.

Takich domów jest tu więcej. Gminny spis zabytków wymienia dziewięć dawnych rezydencji, a nazwiska tutejszych rodzin wróciły potem na tabliczki z nazwami ulic, jak Oramas, Díaz-Llanos czy Ruiz Cedrés. Jedna z okazalszych stoi przy drodze wychodzącej z centrum na zachód, z dwiema kondygnacjami drewnianych balkonów i bramą, w której wycięto rozety w kształcie gwiazd.

Ulica nazwana od banku, który liczył w zbożu
Jedna z brukowanych uliczek starego miasta nazywa się Calle la Alhóndiga. Nazwa upamiętnia instytucję, którą gmina opisuje jako bank, tyle że rozliczający się w zbożu. Alhóndiga pożyczała i sprzedawała ziarno rolnikom w chudych miesiącach, a ci oddawali je później z nadwyżką. Zarządzała nią rada złożona z burmistrza i dwóch zarządców wybieranych przez mieszkańców.
W tym samym budynku mieściła się sala obrad, rzeźnia i miejscowe więzienie. Własnego archiwum instytucja nie zostawiła, bo zabrała je powódź z 1826 roku. Kiedy w XIX wieku opłata za pożyczone ziarno wzrosła dwukrotnie, mieszkańcy zaczęli domagać się rozwiązania alhóndigi. Swoją funkcję przestała pełnić w następnym stuleciu.
Same uliczki są dziś głównym powodem, dla którego przyjeżdża się do centrum. Wąskie, wyłożone kocimi łbami, miejscami zarośnięte trawą, wspinają się od placu ku stokowi.
Zejście nad wodę
Od centrum do oceanu jest kilka minut marszu w dół. Pod klifem leży kamienista Playa de los Roques, nazwana od skał sterczących z wody tuż przy brzegu. Największą z nich mapy podpisują jako Roque Grande. To nie jest plaża do plażowania. Fale rozbijają się tu o szare i czarne otoczaki przez cały rok, a północna Teneryfa rzadko bywa spokojna.

Wzdłuż brzegu ciągnie się pas ciemnej lawy pociętej zatoczkami, bez skrawka piasku i bez portu. Miasteczko wyrosło więc nie z rybołówstwa, tylko z tarasów nad urwiskiem. Wino z odmiany malvasía robiono tu już w XVII wieku, a banany doszły do tego znacznie później. Jedno i drugie gmina wymienia dziś wśród powodów, dla których dostała kiedyś tytuł villa. Z zachodniego krańca starego miasta widać cały ten układ naraz. Zabudowa kończy się na krawędzi klifu, a pod nią nie ma już nic poza skałą i wodą.

Basen, na który zrzuciła się wieś
Do Charco de la Laja schodzi się od Calle los Sabandeños, jednej z ruchliwszych ulic miasteczka, która kończy się nagle nad urwiskiem. Ostatni odcinek prowadzi brukowaną promenadą z murkami i barierkami, wciśniętą między klif a ocean. Przy niej stoi tablica z opisem basenu, a wyżej odchodzi uliczka nazwana wprost od tego, co widać z jej końca, Calle Mirador del Charco.

Schody, którymi wchodzi się do wody, powstały zaraz po wysadzeniu skały. Były równie ważne jak sam basen, bo dopiero one sprawiły, że ktokolwiek zaczął tu regularnie przychodzić. Później instytucja zarządzająca wybrzeżem obłożyła je kamieniem.
Historia basenu ma jeszcze jeden rozdział. Przez lata jeden z mieszkańców, Rafael Hernández zwany Fafe, zatykał sosnowymi pniakami szczelinę pozostałą po detonacji, przez którą uciekała woda. We wrześniową niedzielę 2002 roku zalał ją cementem z pomocą dwóch młodych ludzi z miasteczka, a w zaprawie zostawili datę i swoje nazwiska.

Stan na lipiec 2026: przez sezon letni, od lipca do września, gmina wystawia tu dyżur ratowniczy w godzinach od 11 do 19. Poza tymi miesiącami nie ma nad basenem nikogo.
Sto lat tytułu i ławka z kodem QR
17 sierpnia 1925 roku król Alfons XIII nadał miejscowości tytuł villa, honorowe wyróżnienie przyznawane zasłużonym gminom. Trzy dni później ogłoszono to w madryckim dzienniku urzędowym, a w uzasadnieniu wskazano rosnący rozwój rolnictwa i wierność monarchii. Od tamtej pory pełna nazwa brzmi Villa de San Juan de la Rambla i tak właśnie podpisuje się dziś urząd gminy.
Stulecie gmina świętowała w 2025 roku, ale przygotowania rozłożyła aż na pięć lat, pod hasłem „Cinco para el 25”, czyli pięć lat do 2025. Każdy rok dostał osobny temat, od morskiego charakteru miasteczka i rolnictwa, przez wielokulturowość i charakter samych mieszkańców, po tytuł villa.
Ślady tych obchodów widać w miasteczku do dziś. Do drewnianej ławki pod obwieszoną doniczkami pergolą przybito tabliczkę z kodem QR i podpisem „Rincones de Lectura”, czyli kąciki czytelnicze. Poniżej odbito logo stulecia i hasło, którym gmina się przedstawia. Brzmi ono „Villa de Luz y Serenidad”, miasteczko światła i spokoju.

Górne uliczki są skromniejsze niż okolice placu, choć i tu trafia się okazała siedziba. Przy Calle Antonio Oramas stoi siedemnastowieczna Casa de los Hernández. Tablica przy wejściu każe zwrócić uwagę na frontowe drzwi z rzeźbionymi płycinami i twierdzi, że drugich takich w miasteczku nie ma.
To jednak te uliczki najlepiej pokazują, że stare miasto nie zamieniło się w skansen. Ludzie tu mieszkają, więc do ścian przymocowano ceramiczne doniczki z kwiatami, a fasady obwieszono malowanymi talerzami. Co kilka domów ktoś wyłamuje się z powszechnej bieli i maluje ściany na pomarańczowo albo czerwono. Narożniki z surowego kamienia wulkanicznego zostają wtedy nietknięte i tym mocniej rzucają się w oczy.
Pralnia, most i domy bez lokatorów
Przy schodkach schodzących z uliczki stoi dawna publiczna pralnia, podpisana nad wejściem „El Chorro Viejo”. Pod dachówką, na filarach z surowego kamienia wulkanicznego, ciągnie się długie kamienne koryto, a nad nim rząd krótkich metalowych wylewek odchodzących od wspólnej rury. Tu przychodziło się prać, zanim woda pojawiła się w domach. Dziś nikt już z niej nie korzysta, ale nikt jej też nie usunął, a na stopniach ustawiono doniczki.

Wschodni kraniec starego miasta zamyka wąwóz. Nad nim, tuż obok nowej betonowej przeprawy, przetrwał stary kamienny mostek, dziś zarośnięty i nieużywany. Za mostem zaczyna się Calle Temístocles Díaz-Llanos, a przy niej stoi Casa de los Delgado Oramas, zaczęta w 1766 roku. Ta sama powódź, która zabrała archiwum alhóndigi, uszkodziła dom tak mocno, że ówczesny właściciel odbudowywał go częściami. Na dachu przetrwał odkryty taras widokowy z balustradą z krzyżujących się listew, a wchodzi się na niego zewnętrznymi drewnianymi schodami. Dziś budynek jest w opłakanym stanie.

To najbardziej dwuznaczny widok w miasteczku. Odrestaurowane centrum kończy się kilkadziesiąt metrów dalej, a tutaj z okazałych domów zostały wyblakłe ściany, dachówka z zaciekami i drewniany balkon, który jeszcze się trzyma.
Informacje praktyczne
San Juan de la Rambla leży przy TF-5, niecałe 50 km od Santa Cruz i 10 km od Icod de los Vinos. Autostrada kończy się jednak wcześniej, w Los Realejos, więc ostatni odcinek pokonuje się zwykłą szosą. Zjazd z niej prowadzi wprost do starego miasta. Bezpłatny parking jest przy zachodnim krańcu centrum, w okolicy zejścia ku Charco de la Laja, ale w weekendy miejsc bywa mało. Autobusy TITSA zatrzymują się przy TF-5, na przystanku „San Juan de la Rambla”. Kursują tędy między innymi linie 106, 108, 325, 363 i 606, a od przystanku trzeba jeszcze zejść w dół do starego miasta. Rozkłady zmieniają się co sezon, więc przed wyjazdem lepiej sprawdzić je na titsa.com.
Na zwiedzanie samego centrum wystarczy godzina, ale kąpiel w Charco de la Laja wydłuża wizytę o dobre pół dnia. Północ Teneryfy bywa chmurna i wietrzna nawet wtedy, gdy południe smaży się w słońcu, więc kurtka w plecaku nie zaszkodzi.
Miasteczko dobrze łączy się z sąsiednimi celami. Na wschodnim krańcu gminy zaczyna się nadmorski Sendero Las Aguas, a dalej w tę samą stronę leży Rambla de Castro. W drugą stronę, kilkanaście minut jazdy na zachód, czeka Icod de los Vinos ze smoczym drzewem.
W San Juan de la Rambla nie ma muzeum, biletu ani kolejki do kasy. Jest za to miasteczko, które kiedyś prowadziło własny bank zbożowy z więzieniem na zapleczu, a pół wieku temu złożyło się na dynamit, żeby mieć gdzie popływać.










