Najbardziej uderza tu skala. Kilka minut od białych domów Abades, oficjalnie Los Abriguitos, stoi rozległy kompleks ruin z kościołem, arkadami i pustymi wnętrzami, które miały kiedyś służyć zupełnie innemu celowi niż dzisiejsze spacery z aparatem. Sanatorio de Abona, nazywane też Sanatorio de Abades, jest jednym z tych miejsc na południu Teneryfy, gdzie historia nie została schowana za tablicą informacyjną - nadal widać ją w murach.
Kościół i arkady na pustym płaskowyżu
Z daleka kompleks wygląda bardziej jak niedokończone miasteczko niż pojedynczy budynek. Niski, długi blok z arkadami rozciąga się nad ciemnym żwirem i rudawą lawą, a całość stoi na niemal pustym terenie między Abades a Punta de Abona. To właśnie ta otwarta przestrzeń robi pierwsze wrażenie - nic nie osłania ruin, nic ich też nie pomniejsza.

Wchodząc między mury, od razu widać, że nie był to jeden zwarty obiekt. Otwarte przejścia, arkady i oddzielne skrzydła sugerują większy układ, rozpisany na kilka funkcji. Nawet zwykły widok przez łuk pokazuje, jak daleko rozrzucono tu poszczególne budynki i jak blisko od początku planowano powiązać je z wybrzeżem.

Projekt z 1943 roku, który nigdy nie przyjął pacjentów
Sanatorio de Abona zaczęto budować w 1943 roku jako ośrodek dla chorych na trąd. W planach były budynki administracyjne, szpital, krematorium, domy mieszkalne i monumentalny kościół. Skala przedsięwzięcia do dziś robi wrażenie, ale cały projekt zatrzymał się, zanim miejsce zaczęło działać zgodnie z przeznaczeniem. Skuteczniejsze leczenie sprawiło, że taki ośrodek przestał być potrzebny, więc kompleks nigdy nie przyjął pacjentów.

Najłatwiej czyta się to właśnie po kościele. Fasada jest przesadnie reprezentacyjna jak na osadę stojącą z dala od większych miejscowości. Wysoki fronton z krzyżem i boczne arkady miały budować powagę miejsca, ale dziś widać przede wszystkim kontrast między ambitnym projektem a tym, co po nim zostało.
Wnętrza, które nie zdążyły dostać nowej roli
Nie wszystkie pomieszczenia zachowały się tak samo. Część wygląda jak zwykłe, surowe ruiny, ale są też wnętrza wyłożone płytkami i ślady bardziej użytkowego wykończenia. To ważny detal, bo przypomina, że nie chodzi o dekoracyjną fasadę postawioną dla efektu - budowę doprowadzono na tyle daleko, by część przestrzeni zaczęła przypominać realny, przygotowany do działania obiekt.

Po innych skrzydłach zostały samotne bryły z wejściami, schodkami i ścianami szczelnie pokrytymi graffiti. W tym stanie budynki nie tworzą już jednego czytelnego zespołu. Bardziej przypominają punkty rozsiane po płaskowyżu, które trzeba składać w głowie z pojedynczych fragmentów.

Jeden z najlepszych widoków na całość pojawia się spod arkady, gdy w oddali w kadrze znów układa się kościół. To dobry moment, by zrozumieć układ terenu: rozległy, suchy, prawie bez cienia i wystawiony na wiatr od oceanu. W takim otoczeniu nawet nieduże odległości między budynkami wydają się większe.

Ruina od środka
Korytarze są węższe, bardziej przyziemne i pozbawione monumentalności fasady. Odpadający tynk, ślady dawnych podziałów pomieszczeń i okna wpuszczające ostre światło robią większe wrażenie niż same napisy na ścianach. To właśnie tu najlepiej widać, że ruiny nie składają się tylko z efektownych zewnętrznych ścian.

Jeszcze mocniej działa wnętrze kościoła. Betonowe wiązary pod sufitem wciąż trzymają formę, a na końcu nawy nadal stoi prosty krzyż. Między nimi rozlały się kolory graffiti, które kompletnie zmieniły charakter tego miejsca, ale nie zdołały ukryć pierwotnego układu. To jedno z tych wnętrz, gdzie dawna funkcja pozostaje czytelna mimo zniszczeń.

W późniejszych latach teren służył wojsku jako miejsce ćwiczeń. Po demilitaryzacji sprzedano go w 2002 roku prywatnemu inwestorowi z myślą o projekcie turystycznym, który ostatecznie nie doszedł do skutku. Dzięki temu kompleks nie zniknął pod nową zabudową, ale też nie doczekał się uporządkowania ani ochrony.
Nad brzegiem nadal widać kościół
Sanatorio de Abona nie kończy się na samych murach. Gdy zejść niżej ku morzu, kościół nadal dominuje na horyzoncie. To ciekawy obraz, bo od strony plaży ruiny nie wyglądają na schowane i tajemnicze. Przeciwnie - stoją wysoko i pozostają widoczne nawet z niższych partii brzegu.

Dzięki temu łatwo połączyć ten postój z dłuższym spacerem po okolicy. W przeciwnym kierunku prowadzi trasa Abades - Porís de Abona, biegnąca dalej ku Punta de Abona i Porís de Abona. Sam kompleks działa wtedy jak najmocniejszy historyczny akcent na całym odcinku wybrzeża.
Dwa dojścia i ani skrawka cienia
Najwygodniej dojść tu od Abades albo od Punta de Abona. Od osiedla droga jest krótka i prowadzi po suchym, odsłoniętym terenie. Od Punta de Abona podejście można połączyć ze spacerem wzdłuż brzegu. W obu wariantach przydają się pełne buty i woda, bo podłoże jest nierówne, a wokół prawie nie ma cienia.

Z krużganków i otwartych przejść widać ocean oraz biało-czerwoną latarnię Faro de Punta Abona. To dobre zamknięcie wizyty w miejscu, które miało być odizolowanym ośrodkiem leczenia, a dziś jest jedną z najbardziej osobliwych ruin tej części Teneryfy.
Warto zajrzeć też do galerii Sanatorio de Abona oraz do pobliskich wpisów: Abades - białe domy i opuszczone sanatorium i San Miguel de Tajao - Abades.
Redakcja „Poznaj Teneryfę”










