Playa San Juan, nadmorska część gminy Guía de Isora, wyrosła przy małym porcie rybackim i do dziś bardziej przypomina zwykłe kanaryjskie miasteczko niż wakacyjny kompleks odcięty od codziennego życia.
To właśnie ten lokalny rytm robi tu największą różnicę. Jest osłonięta zatoka, plaża i promenada, ale kilka minut wystarcza, żeby wyjść ponad zabudowę i znaleźć się nad surowym, suchym klifem. W jednym krótkim spacerze mieści się więc i spokojna część miasteczka, i otwarty widok na zachodnie wybrzeże.
Zatoka, port i codzienna skala miasteczka
Plaża w Playa San Juan leży tuż obok portu i falochronu, dlatego woda bywa spokojniejsza niż na bardziej otwartych odcinkach zachodniego wybrzeża. Dobrze widać to od zewnętrznej strony mola, gdzie ocean rozbija się wprost o lawowe głazy, a w tle ciągnie się już klifowy brzeg.

Po drugiej stronie falochronu zatoka układa się w łagodny łuk: szary piasek, długi rząd białych kabin, palmy i miasteczko wspinające się po stoku. Zamiast szerokiego pasa hoteli jest tu niska zabudowa rozłożona po zboczu.

Najlepiej widać to kilka kroków dalej, w pierzei bocznej ulicy. Turkusowe, liliowe i ochrowe elewacje z białymi tralkami nie wyglądają jak dekoracja pod zdjęcia z katalogu, tylko jak zwykła zabudowa mieszkalna. Dzięki temu Playa San Juan zostawia bardziej wrażenie zamieszkanego miasteczka niż resortu, który po sezonie pustoszeje.

Zatoka widziana z krawędzi klifu
Playa San Juan nie kończy się jednak na kąpielisku. Przejście z miejskiej zatoki do bardziej surowego wybrzeża jest łagodne, ale wyraźne: im dalej od portu, tym mniej osłony i tym mocniej wraca ocean.
Za plażą promenada wychodzi na krawędź klifu. Ścieżka przez większą część spaceru patrzy stąd na zatokę z góry. Po jednej stronie zostają tarasy uprawne i suche zbocza zachodniej Teneryfy, po drugiej otwiera się spokojna tafla oceanu, która przy lepszej pogodzie potrafi odsłonić dalszy horyzont.

Dopiero z dalszej części klifu dobrze widać, jak zwarta jest cała zatoka. Port, plaża i zabudowa mieszczą się tu na krótkim odcinku brzegu, a dalej zostaje już tylko skała i morze. Na horyzoncie potrafi pokazać się La Gomera, a kiedy powietrze jest wyjątkowo przejrzyste, ten widok jeszcze mocniej podkreśla zachodni charakter miejsca.

Atlantis na końcu ścieżki
Finał spaceru jest bardziej osobliwy niż początek. Na pokrytym graffiti murze przy zejściu ku wodzie wisi szyld z napisem „Welcome to Atlantis” i pod tą ksywką obiekt zna dziś większość spacerowiczów. Naprawdę nazywa się Casa de Aguadulce, bywa też zwany Casa del Embarcadero, a jego historii nie udokumentowano - nawet gmina nie podaje pewnej wersji. Zachowany, mocno zniszczony pomost przy budynku wskazuje, że był to zapewne niewielki punkt wyładunku towarów przywożonych tu drogą morską; według innej wersji mieścił pompę tłoczącą wodę ze studni na okoliczne plantacje. Tak czy inaczej został surowym, fotogenicznym śladem dawnej zabudowy na brzegu.
Kto po tym spacerze chce iść dalej wzdłuż morza, może przedłużyć go trasą opisaną we wpisie Playa San Juan - Abama.










