Na placu w centrum Vilaflor jeszcze słychać wodę z fontanny. Kilka kilometrów wyżej las sosnowy rzednie, pod butami pojawia się jasny pył, a w zboczu otwierają się białe, wyżłobione erozją stożki. To właśnie one dały tej pętli przydomek Paisaje Lunar.
Oficjalna nazwa szlaku brzmi PR-TF 72 Camino de Chasna - Paisaje Lunar. Trasa zaczyna się i kończy w Vilaflor, najwyżej położonym miasteczku Wysp Kanaryjskich, a duża część podejścia biegnie dawnym Camino de Chasna - historycznym przejściem, które przed epoką nowoczesnych dróg łączyło południe z północą wyspy.
Miasto szybko zostaje w dole
W pierwszych minutach marszu trudno uwierzyć, że celem jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych krajobrazów środkowej Teneryfy. Na razie trasa nie opuściła jeszcze Vilaflor, a kamienna fontanna przy starcie okazuje się pomnikiem Hermano Pedro, urodzonego tu w 1626 roku najsłynniejszego rodaka miasteczka. Jako misjonarz założył w Gwatemali zakon betlejemitów, a w 2002 roku został pierwszym świętym pochodzącym z Wysp Kanaryjskich.

Po wyjściu ponad ostatnie domy szlak od razu pokazuje, jak wysoko leży miasteczko. Między sosnami co chwilę otwiera się widok na zwarty biały środek Vilaflor, rozłożony na stokach południowej części Parku Przyrodniczego Korona Leśna.

Podejście od początku jest równe i spokojne, bez gwałtownych ścian, ale w słońcu potrafi dać się we znaki. Na suchym zboczu, spomiędzy kamieni, wybija się pojedynczy tajinaste rojo (żmijowiec rubinowy) - endemiczna roślina najczęściej kojarzona z wysokogórskimi Cañadas del Teide, choć rośnie też w okolicach Vilaflor. Przez większość życia trzyma się przy ziemi jako srebrzysta rozeta wąskich liści, a tylko raz, późną wiosną, wystrzeliwuje czerwoną wieżę kwiatów sięgającą nawet trzech metrów, po czym przekwita i usycha.

Im wyżej, tym mniej cienia
Dalszy odcinek prowadzi szerokim łukiem przez otwarty sosnowy bór. Na tym fragmencie dobrze widać typowe południowe zbocza Teneryfy - suche, jasne i szeroko odsłonięte, z pasem chmur zostającym daleko w dole.

Najbardziej charakterystycznym drzewem całej trasy jest sosna kanaryjska. Rośnie naturalnie na kilku wyspach archipelagu, ma długie, miękkie igły i grubą korę, dzięki której dobrze znosi ogień. W tych wysokościach właśnie ona nadaje rytm całemu krajobrazowi.

Najpierw jasna ściana
Zanim pojawi się właściwy punkt widokowy, szlak mija pierwszą jasną ścianę erozyjną. To dobry moment, by zrozumieć, czego później należy wypatrywać po drugiej stronie wąwozu - jasnych żeber, podcięć i stożków odcinających się od ciemniejszego lasu.

W górnej części pętli krajobraz na chwilę znowu się otwiera. Przez sosny widać południowe wybrzeże i ocean, a teren przestaje piąć się tak wyraźnie jak wcześniej. To znak, że najwyższy punkt jest już blisko.

Los Escurriales z bliska
Popularna nazwa Paisaje Lunar brzmi efektownie, ale oficjalnie chodzi o Los Escurriales - nazwę od hiszpańskiego escurrir (spływać), bo to spływająca woda i wiatr wyrzeźbiły te formy w miękkiej wulkanicznej skale. Z głównej ścieżki formacje najpierw widać z dystansu, po drugiej stronie wąwozu, w jasnym prześwicie między sosnami i ciemnymi ścianami zbocza.

Stąd najlepiej wychodzi kontrast, który zrobił z tego miejsca klasyk południowych wędrówek. Bór jest suchy i ciemny, a jasna ściana wygląda tak, jakby ktoś wyciął ją z innego krajobrazu i wsunął pomiędzy kanaryjskie sosny.

Ślad z tej wycieczki schodzi nieco dalej niż sam taras widokowy, dlatego białe stożki można zobaczyć także z bliska. Dopiero wtedy widać, jak precyzyjnie erozja wyrysowała pionowe żebra i ostre krawędzie.

Bliskie podejście pokazuje jeszcze jedną rzecz: te formacje są kruche i łatwo się obsypują. Lepiej zostać na wyraźnej ścieżce i potraktować to miejsce jak naturalny amfiteatr oglądany z obrzeża, a nie teren do wspinania się po jasnych stożkach.

Powrót przez Casa de los Llanitos
Po odejściu od Los Escurriales trasa wraca do bardziej znajomego rytmu: sosny, kamieniste podłoże i dobrze widoczne oznaczenia szlaku. Na tym odcinku łatwo złapać spokojniejsze tempo, bo największy punkt programu zostaje już za plecami.

Zejście mija Casa de los Llanitos. Po dawnym domostwie zostały niskie mury i zagrody z suchego kamienia, ślad pasterstwa w tej części gór. Tuż przy ruinach rośnie jedna z pomnikowych sosen kanaryjskich, wysoka na 23 metry i znana jako Pino del Hermano Pedro. Jak głosi miejscowa tradycja, to w jej cieniu odpoczywał Hermano Pedro, prowadząc kozy znad wybrzeża w górę. To ten sam święty, którego pomnik stoi przy fontannie na starcie trasy.

Pod koniec pętli szlak schodzi łagodnie ku Vilaflor, wciąż wysoko ponad miasteczkiem. Sosny gęstnieją, a między nimi otwiera się zalesiony wąwóz z czerwoną wulkaniczną ziemią odsłoniętą w zboczu - znak, że przez kilka godzin trasa krążyła znacznie wyżej, niż sugeruje bliski już koniec wędrówki.

Informacje praktyczne
Najwięcej słońca zbiera pierwsza połowa wejścia i okolice Los Escurriales. Warto zabrać zapas wody, nakrycie głowy i buty z dobrą przyczepnością, bo na trasie trafiają się i wygodny leśny szuter, i bardziej sypkie, kamieniste odcinki.
Najwygodniej zacząć w samym Vilaflor. To ostatnie miejsce, gdzie przed wyjściem da się spokojnie uzupełnić prowiant. Później zostaje już tylko las, otwarte zbocza i kilka punktów z cieniem rozrzuconych nierówno po całej pętli.
Od późnej wiosny do początku jesieni najlepiej ruszyć rano. Zimą i w chłodniejszych miesiącach warunki bywają przyjemniejsze, ale na wyższych odcinkach potrafi mocno wiać, dlatego przed wyjazdem dobrze sprawdzić bieżący stan szlaku.
Jeśli po tej pętli zostanie jeszcze zapas sił, z Vilaflor prowadzi też szlak na Montañę de la Vica. Oba wpisy dobrze pokazują, że okolice miasteczka mają dwa oblicza, spokojny las sosnowy i surowe formacje wyrzeźbione wysoko ponad południem wyspy.
Redakcja „Poznaj Teneryfę”










