Monkey Park nie próbuje konkurować z rozmachem Loro Parque ani z bardziej scenograficznym Jungle Park. Jego siła leży gdzie indziej: w niewielkiej skali, krótkim dystansie do wybiegów i wrażeniu, że zamiast całodniowej atrakcji dostaje się spokojny spacer między zwierzętami. Park leży kilka minut jazdy od Los Cristianos, więc łatwo wpleść go w dzień spędzany na południu wyspy.

Tu najważniejsza jest bliskość
Monkey Park działa od 1991 roku. Według oficjalnej strony jest miejscem poświęconym opiece nad zagrożonymi gatunkami, ich rozmnażaniu oraz ratowaniu zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem naczelnych. Ten praktyczny, nieco kameralny charakter dobrze czuć już po wejściu. Nie ma tu wielkich hal, długich dojść ani rozbudowanych stref tematycznych. Są za to piaskowe alejki, niskie ogrodzenia, cień rzucany przez rośliny i wybiegi ustawione na tyle blisko, że wzrok od razu łapie ruch.
Dzieci szybciej wchodzą w rytm wizyty, a dorośli nie mają poczucia, że połowę czasu zajmuje samo przechodzenie z jednego końca parku na drugi. W wybranych strefach park sprzedaje własne pudełka z karmą, więc część spaceru ma bardziej kontaktowy charakter, ale cały ten kontakt pozostaje pod kontrolą personelu i według zasad parku.

Najmocniejszy punkt to małpy i lemury
Zdjęcia z artykułu i galerii dobrze pokazują, że Monkey Park nie opiera się na jednym widowiskowym wybiegu. Są tu lemury, drobniejsze małpy o bardzo szybkim, nerwowym ruchu i spokojniejsze naczelne, które potrafią przez dłuższą chwilę tylko obserwować przechodzących ludzi z wysokości gałęzi albo drewnianych konstrukcji. To park, który zachęca do zwalniania. Część zwierząt znika na moment w cieniu, część przysiada nieruchomo tuż przy siatce, więc najciekawsze sceny pojawiają się wtedy, gdy nie próbuje się przejść wszystkiego za szybko.
W tym sensie Monkey Park wyraźnie różni się od Jungle Park. Tam sporą część wrażeń buduje krajobraz, skały i sztuczne wodospady. Tutaj centrum uwagi pozostaje zwierzę i krótki dystans do niego. Dla wielu osób właśnie taki układ okaże się bardziej angażujący niż rozbudowana sceneria.

Nie tylko naczelne
Choć nazwa prowadzi prosto do małp, po kilku minutach okazuje się, że park ma znacznie szerszą obsadę. W galerii pod artykułem widać także mniejsze ptaki zbierające się przy karmnikach całymi grupami. W samym spacerze ten kontrast działa bardzo dobrze. Po ruchliwych wybiegach z naczelnymi przychodzi chwila na spokojniejsze obserwowanie wolier, gdzie bardziej liczą się kolory, drobne gesty i cierpliwość.
Papugi i inne egzotyczne ptaki nie są tu dodatkiem. Wnoszą do spaceru więcej barw i hałasu, a przy okazji rozbijają monotonię, która w tak małym parku mogłaby pojawić się dość szybko.

Na drugim biegunie są gady. Oficjalna strona parku wymienia między innymi krokodyla kubańskiego, a ta część wizyty wyraźnie zmienia rytm zwiedzania. Nagle jest ciszej, mniej chaotycznego ruchu i więcej wpatrywania się w wodę, kamień albo nieruchomą sylwetkę wygrzewającą się przy brzegu.

Po drodze trafiają się też spokojniejsze, bardziej "przyziemne" zwierzęta, przy których dzieci zwykle zatrzymują się najdłużej. Właśnie takie drobiazgi budują charakter Monkey Park. Obok egzotycznych gatunków są tu też proste sceny znane z mniejszych ogrodów zoologicznych, bez przesadnego widowiska i bez potrzeby ciągłego podkręcania atrakcji.

Spacer, który nie męczy
Monkey Park najlepiej wypada wtedy, gdy nie próbuje się go traktować jak wielkiej wyprawy. To raczej przerwa od plaży, promenady i centrów handlowych południa wyspy. Ścieżki są krótkie, park nie przytłacza liczbą bodźców, a zieleń i prosta zabudowa sprawiają, że całość jest bardziej kameralna niż widowiskowa. Dla jednych to będzie minus, a dla innych największa zaleta.
W galerii dobrze widać też, że nie wszystko kręci się wokół samych wybiegów. Są fragmenty z kaktusami, prostymi ogrodzeniami i przejściami między wolierami, które przypominają, że to wciąż niewielki park na obrzeżach kurortów, a nie park rozrywki stylizowany na safari. Dzięki temu łatwiej zaakceptować jego skalę i skupić się na samym obserwowaniu zwierząt.

Lepiej autem niż autobusem
Park leży przy drodze TF-662, między Los Cristianos a Cabo Blanco. Najprościej dojechać tu samochodem albo taksówką, zwłaszcza jeśli dzień i tak toczy się już na południu wyspy. Oficjalne informacje parku mówią też o dostępności dla wózków dziecięcych i inwalidzkich, a na miejscu jest parking dla gości.
Komunikacja publiczna nie podwozi pod samo wejście tak wygodnie jak pod atrakcje w centrum kurortów. Bez auta lepiej potraktować Monkey Park jako krótki wypad z Los Cristianos albo Playa de las Américas niż spontaniczny przystanek między plażą a obiadem. W słoneczne dni przydaje się woda i nakrycie głowy. To południe wyspy, więc nawet niedługi spacer potrafi dać się we znaki.

Po wyjściu zostaje przede wszystkim wrażenie bliskości. Nie trybun, nie wielkich hal i nie całodziennej logistyki, tylko spojrzenia zwierząt oglądanych z kilku kroków.

To miejsce nie próbuje udawać większego, niż jest. I właśnie dlatego zostawia po sobie spokojniejsze, bardziej bezpośrednie wspomnienie niż wiele atrakcji budowanych wyłącznie na skali.
Redakcja „Poznaj Teneryfę”










