Lutowe Santa Cruz nie próbuje być poważną stolicą. W edycji 2024, rozpisanej od 12 stycznia do 18 lutego, miasto weszło w karnawał pod hasłem telewizji, ale najważniejszy ekran stał na ulicach. To właśnie tam oficjalny program zamieniał się w coś bardziej żywego niż konkursy i gale - w długi, gęsty od dźwięków spektakl, który przesuwał się między placami, nabrzeżem i nocnymi scenami.
Karnawał w Santa Cruz de Tenerife ma rangę międzynarodową od 1980 roku i wciąż działa według tej samej prostej zasady. Najpierw są widowiska przygotowywane miesiącami, a potem przychodzi moment, gdy całe centrum zaczyna grać razem. W 2024 roku uliczna część programu trwała od 9 do 18 lutego. Na zdjęciach najlepiej widać trzy jej twarze. To karnawał dzienny (hiszp. Carnaval de Día), wielki korowód (hiszp. Coso Apoteosis) i środowy pogrzeb sardynki (hiszp. Entierro de la Sardina).

Karnawał dzienny nie jest tylko rozgrzewką
Karnawał dzienny w Santa Cruz nie działa jak dodatek dla tych, którzy nie lubią nocnych imprez. To osobna odsłona święta. 11 i 17 lutego rytm rozchodził się jednocześnie przez Plaza de la Candelaria, Plaza del Príncipe i Avenida Francisco La Roche, więc centrum nie miało jednego serca, miało ich kilka.

W ciągu dnia najlepiej widać jeszcze jedną cechę tej imprezy, czyli ogromną mieszankę publiczności. Obok grup przebranych od stóp do głów są rodziny z dziećmi, starsi mieszkańcy, turyści, którzy trafili tu z promenady albo ze statku, i ludzie, którzy przyszli tylko na chwilę, a zostają do nocy.

Na scenach grają orkiestry, DJ-e i zespoły karnawałowe, ale równie ważne jest to, co dzieje się między nimi. Ktoś zatrzymuje się na kilka minut, ktoś inny tańczy od pierwszego do ostatniego numeru, a plac w krótkim czasie potrafi zmienić się z miejsca spotkań w otwarty parkiet. W Santa Cruz właśnie w tej płynności najlepiej czuć, że karnawału nie ogląda się z jednego punktu. Trzeba w nim krążyć.
Największy korowód schodzi na nabrzeże
Wielki korowód z 13 lutego był kulminacją tej ulicznej części programu. Przeszedł Avenida Francisco La Roche i Avenida Marítima, a według lokalnej prasy zgromadził około 30 tysięcy uczestników i widzów. To ten moment, kiedy Santa Cruz przestaje być zbiorem wydarzeń i zamienia się w jeden długi ruchomy obraz.

W Coso mieszczą się właściwie wszystkie warstwy tej fiesty. Idą królowe karnawału i ich dwory, ogromne platformy, grupy taneczne, zespoły wokalne, ozdobione samochody i kostiumy zrobione bardziej dla żartu niż dla splendoru. Jedna grupa stawia na pióra i perfekcyjny rytm, druga na kicz doprowadzony do granicy absurdu, a trzecia wygrywa samym pomysłem.

Na zdjęciach dobrze widać, że nie jest to parada jednego stylu. Obok wielkich, dopracowanych kostiumów pojawiają się prostsze układy, małe gesty wobec publiczności i krótkie scenki odgrywane w marszu. Dzięki temu Coso nie zamienia się w pokaz oglądany z daleka. Zostaje ulicznym widowiskiem, w którym widz stoi bardzo blisko.

Motyw telewizji nie oznaczał jednolitej estetyki. Był raczej pretekstem, żeby mieszać popkulturę, cytaty z dawnych ekranów, fantazję projektantów i zwykłą karnawałową przesadę. Dlatego właśnie obok eleganckich platform i królewskich sylwetek równie dobrze pamięta się rzeczy dziwne, śmieszne albo całkiem niepotrzebne - czyli dokładnie takie, jakie w karnawale zostają w głowie najdłużej.
Sardynka nie kończy święta po cichu
Pogrzeb sardynki z 14 lutego tradycyjnie wywraca ton wydarzenia. Formalnie to pożegnanie i przejście do weekendu Piñata, czyli ostatniej odsłony zabawy, ale na ulicy bardziej przypomina teatralny żart ciągnięty przez pół miasta. Korowód rusza z calle Juan Pablo II, przechodzi przez okolice Plaza Weyler, Méndez Núñez, El Pilar, Villalba Hervás i La Marina, a kończy się przy Plaza de España i Avenida Marítima.

W 2024 roku nawet sama sardynka podporządkowała się tematowi telewizji. Na jej platformie pojawiły się anteny i odbiorniki w różnych stylach, od starych po nowoczesne. Wokół niej szły wdowy, duchowni, diabły i cała reszta przebierańców, którzy dobrze wiedzą, że ten rytuał ma być równocześnie żałobny i kompletnie niepoważny.

Najważniejszy jest finał przy oceanie, kiedy sardynka płonie, ale równie mocne zostaje to, co dzieje się po drodze. Tłum gęstnieje, ktoś dołącza tylko na jeden odcinek, ktoś inny zostaje przy muzyce na Plaza del Príncipe, a cały pochód celowo wymyka się dyscyplinie. To właśnie w tym kontrolowanym chaosie Santa Cruz pokazuje najbardziej lokalne oblicze karnawału.
Miasto pamięta też drobniejsze pomysły
Po wielkich platformach i symbolicznym finale zostają jeszcze rzeczy mniejsze, ale bardzo charakterystyczne. Nocne stoiska, spontaniczne postoje, rozmowy prowadzone między jednym koncertem a drugim i jedzenie, które wraca niemal przy każdej dużej fieście. Przy takich nocach dobrze odnajdują się choćby las paponas, czyli karnawałowe pieczone ziemniaki, bez których trudno wyobrazić sobie uliczne świętowanie do późna.

Santa Cruz ma oczywiście swoje oficjalne bohaterki, konkursy i scenariusz, ale pamięć o tej imprezie budują też obrazy zupełnie poboczne. Kolejka po jedzenie, ludzie wychodzący z jednej sceny na drugą, grupa znajomych, która dopiero po zmroku wygląda jak przebrana orkiestra.

Dlatego ten karnawał najlepiej wypada nie wtedy, gdy próbuje się go streścić jednym superlatywem, ale wtedy, gdy patrzy się na szczegóły. Na ręcznie zrobiony kostium, żart wpisany w dekorację, mały pojazd udający rekwizyt z dawnej telewizji. Właśnie z takich drobiazgów powstaje Santa Cruz w lutym - miasto trochę teatralne, trochę absurdalne i przez kilka dni całkowicie zajęte własną fantazją.
Więcej zdjęć z karnawału można zobaczyć w galerii Karnawał Santa Cruz 2024
Redakcja „Poznaj Teneryfę”









