Spacer zaczyna się przy zachodnim krańcu Puerto de la Cruz i dobrze pokazuje, czym ten kurort różni się od południa wyspy. Zamiast szerokich bulwarów i suchych klifów są tu czarne plaże, lawowy brzeg, dawne miejskie fortyfikacje i gęsta zieleń, która wraca na końcu w ogrodzie botanicznym.
Puerto de la Cruz wyrósł z portu doliny Orotavy i już w XIX wieku przyciągał gości łagodnym klimatem północy - szerzej o starym porcie, ogrodach nad oceanem i latarniach opowiada osobny przewodnik po mieście. W samym przebiegu tej trasy najlepiej widać jednak nie historię hoteli, lecz to, jak blisko siebie leżą tu ocean, stare miasto i dzielnice położone wyżej nad wybrzeżem.
Od Punta Brava do Castillo San Felipe
Początek przy Loro Parque szybko prowadzi na brzeg Punta Brava. To jeszcze nie jest pocztówkowa promenada, tylko surowy odcinek wyspy. Ściany domów stoją prawie nad samą lawą, a fale rozbijają się o skały tak blisko, że sól zostawia na elewacjach własny podpis.

Kilka minut dalej otwiera się Complejo Playa Jardín, czyli nie jedna plaża, lecz trzy sąsiadujące kąpieliska: Playa Jardín, Playa Chica i Punta Brava. Ten fragment wybrzeża zaprojektował César Manrique, dlatego obok czarnego piasku pojawiają się ogrody, kamienne groty i osłonięte wejścia do wody. W praktyce spaceruje się tu między plażą a lawową rafą, a zachodnia część miasta długo zostaje w tle po lewej stronie.

Na skraju tego odcinka stoi Castillo de San Felipe. Z placu przed fortem dobrze widać, że to nie ozdobny pawilon, tylko zwarta nadmorska budowla pilnująca podejścia od strony oceanu. Armata ustawiona na kamiennym dziedzińcu bardziej porządkuje kadr niż opowiada historię, ale właśnie tutaj kończy się plażowy rytm spaceru i zaczyna przejście w stronę starej zabudowy.

La Ranilla i powrót oceanu
Za fortem trasa odbija lekko do środka i wchodzi na Calle Mequínez. Po ciemnym brzegu kontrast jest natychmiastowy. Rząd palm, gładki chodnik i fasady w mocnym błękicie, czerwieni i zieleni sprawiają, że miasto znowu wygląda jak zbudowane do spacerowania, nie do obrony przed morzem.

Jeszcze chwilę wcześniej dominowały skały i wiatr, a tutaj pojawia się mały skwer z wysokimi palmami, ogródkami i cieniem. To dobry moment na krótki oddech, bo dalszy odcinek znów będzie prowadził przy wodzie, a dopiero później zacznie się dłuższe podejście pod górę. W tej części La Ranilla najbardziej czuć, że stary kurort nie był projektowany z jednego gestu - raczej zrastał się z kolejnych uliczek, placów i prześwitów na ocean.

Morze wraca nagle na Paseo de San Telmo. Zabudowa kończy się tu urwiskiem z czarnej skały, a tarasy i mury wiszą niemal nad wodą. To jeden z tych fragmentów Puerto de la Cruz, gdzie spacer nie biegnie szeroką plażą, tylko dosłownie krawędzią miasta.

Niżej leży Playa de San Telmo, tradycyjna miejska strefa kąpielowa tej części kurortu. Z góry widać czarny żwir, lawowe półki i niewielkie zejścia do wody - wszystko bardziej zwarte i kameralne niż przy Playa Jardín. To dobre miejsce, żeby zobaczyć, jak północ Teneryfy urządza kąpielisko nie przez odcinanie się od skał, tylko przez ostrożne dopasowanie do nich schodów, murków i platform.

Tuż obok stoi Ermita de San Telmo, ufundowana w 1780 roku i poświęcona patronowi żeglarzy. Biała kaplica ustawiona przy samym brzegu wygląda skromnie, ale właśnie dlatego tak dobrze pasuje do tego odcinka miasta. Nie konkuruje z oceanem, tylko porządkuje promenadę i przypomina, że Puerto de la Cruz przez długi czas było przede wszystkim portem.

Costa Martiánez i podejście do Botánico
Za kaplicą spacer przechodzi w stronę Costa Martiánez. Kompleks z basenami z wodą morską także powstał pod kierunkiem Césara Manrique, dlatego białe tarasy, palmy i niska zabudowa nie odcinają się od brzegu, tylko próbują go uporządkować. Z góry najlepiej widać, że to osobny świat - bardziej wypoczynkowy niż miejski, ale nadal osadzony tuż nad falami.

Z tego miejsca ocean zostaje już z boku trasy. Playa de Martiánez pojawia się jeszcze raz jako szeroki łuk czarnego piasku pod klifem z hotelami, jednak ślad nie schodzi już na samą plażę. To raczej pożegnanie z wybrzeżem niż kolejny przystanek, bo dalsza część dnia prowadzi wyżej, do spokojniejszych ulic dzielnicy La Paz i El Botánico.

Najbardziej wyraźne podejście zaczyna się przy Calle San Amaro. W południe, po długim marszu nad wodą, te schody naprawdę wydają się dłuższe niż na zdjęciu. Ich atutem jest motyw Agathy Christie: na stopniach wypisano tytuły książek, a sam Puerto de la Cruz wraca w opowieści o pisarce nieprzypadkowo. W 1927 roku spędziła tu kilka tygodni, pracowała nad „Tajemnicą Błękitnego Ekspresu”, a miasto do dziś przypomina o tym festiwalem odbywającym się co dwa lata.

Jardín Botánico nad wybrzeżem
Nagrodą za to podejście jest Jardín Botánico, czyli Jardín de Aclimatación de La Orotava. Mimo historycznej nazwy ogród leży w Puerto de la Cruz. Założono go królewskim dekretem Karola III z 17 sierpnia 1788 roku. Miał służyć aklimatyzacji roślin tropikalnych i subtropikalnych, zanim trafiły do ogrodów na Półwyspie Iberyjskim. Po całym dniu między plażami i ulicami wejście tutaj działa jak zmiana klimatu w skali kilku kroków.

W środku nie chodzi o odhaczanie gatunków, tylko o rytm spaceru. Znika otwarte światło znad wybrzeża, pojawia się cień, wilgoć i wielkie liście schodzące prawie na wysokość ramion. Metalowy tunel obrośnięty pnączami wygląda bardziej jak przejście przez szklarniowy korytarz niż fragment miejskiego parku, dlatego ogród tak dobrze domyka tę trasę - po surowym brzegu daje najgęstszy możliwy kontrast.
Ten spacer najlepiej działa bez pośpiechu
Choć cały ślad prowadzi po mieście, nie jest to całkiem płaski spacer. Najłatwiejszy odcinek biegnie przy oceanie, a prawdziwy wysiłek zaczyna się dopiero wtedy, gdy trzeba odejść od wybrzeża i wejść wyżej pod Botánico. Przydają się wygodne buty, woda i lekka warstwa w plecaku, bo północ Teneryfy potrafi być bardziej wietrzna i wilgotna, niż sugeruje słoneczna pogoda z tego konkretnego dnia.
Z południa wyspy do Puerto de la Cruz dojeżdża bezpośrednio autobus TITSA linii 343 z Costa Adeje (kilka kursów dziennie). Najwygodniej zacząć przy zachodnim krańcu miasta i zostawić ogród na drugą połowę dnia. Dzięki temu najpierw zbiera się rytm wybrzeża, a później spokojniej znosi podejście. Powrót z górnej części Puerto de la Cruz można poprowadzić ulicami z powrotem ku Punta Brava i Loro Parque.
Przystrzyżone słonie pod palmami stanowią dobre zamknięcie grudniowego spaceru po Puerto de la Cruz - miasta, które jednego dnia potrafi przejść od lawowego brzegu i miejskich kaplic do ogrodu botanicznego i z powrotem.

Więcej zdjęć z tego dnia jest w galerii Puerto de la Cruz.










