Z jednego miasta do drugiego jedzie się tu jednym tramwajem, a mimo to przesiada się między dwoma światami. La Laguna jest cicha, kamienna i chodzi pieszo. Santa Cruz jest portowa, głośniejsza i patrzy w stronę oceanu. Łączy je dwanaście i pół kilometra torów i wspólna codzienność, a dzieli prawie wszystko inne. To nie są dwie wersje tego samego miasta, lecz dawna i obecna stolica wyspy, które nauczyły się żyć tuż obok siebie. Najwięcej zyskuje ten, kto nie wybiera między nimi, tylko ogląda obie.

Przez większość swojej historii Teneryfa miała stolicę nie nad oceanem, lecz w głębi lądu. La Laguna pełniła tę funkcję od założenia w 1496 roku aż do 1833, gdy reforma administracyjna Javiera de Burgos przeniosła prymat do portowego Santa Cruz. Przewagę dawały mu port oraz rosnące znaczenie handlu i administracji tuż przy wybrzeżu. Młodsze miasto dostało prawa miejskie w 1859 roku i od tego czasu rośnie szybciej niż jego poprzedniczka. Dziś to ono jest stolicą Teneryfy, a od 1982 roku dzieli rolę stolicy Wysp Kanaryjskich z Las Palmas. La Laguna pozostała przy swoim - zabytkach, uniwersytecie i spokojniejszym rytmie. Ta zamiana ról wciąż tłumaczy, czym różnią się oba miasta.
La Laguna nie udaje skansenu. Historyczne centrum trafiło w 1999 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO za spójny, regularny układ ulic, który uważa się za jeden z wzorów dla późniejszych miast hiszpańskiej Ameryki. Starówkę poznaje się przede wszystkim pieszo, a kamienne pałace, klasztory i kościoły stoją tu blisko siebie, w skali, której nie rozbijają nawet budynki urzędowe.
Miastu charakteru dodaje Universidad de La Laguna, najstarszy uniwersytet na Wyspach Kanaryjskich. Dzięki studentom i wykładowcom centrum żyje na co dzień, a nie tylko w sezonie. Dochodzi do tego pogoda. La Laguna leży na śródlądowym płaskowyżu, na wysokości około 550 metrów, więc bywa tu chłodniej i bardziej mglisto niż na wybrzeżu - co latem jest zaletą, a zimą każe pamiętać o cieplejszej kurtce.

To miasto odsłania się dopiero bez pośpiechu. Wolny spacer po wąskich ulicach mówi o nim więcej niż lista zabytków, bo w La Lagunie najciekawszy jest właśnie codzienny rytm wpleciony w stare mury.
Santa Cruz zaczyna się tam, gdzie kończy się port. Stolica jest otwarta, jaśniejsza i bardziej sceniczna niż kontemplacyjna La Laguna. Jej wizytówką jest Auditorio de Tenerife, falista bryła projektu Santiago Calatravy, stojąca tuż nad wodą i widoczna z daleka.
Życie miasta toczy się jednak nie tylko nad oceanem. Centrum spina rozległa Plaza de España z wielkim oczkiem wodnym, a kilka kroków dalej zaczyna się Parque García Sanabria, największy park stolicy. Nad samym brzegiem leży Palmetum, ogród palm rozłożony na dawnym miejskim wysypisku. Razem składają się na miasto, które żyje na zewnątrz, na placach i promenadach.

Santa Cruz ogląda się więc inaczej niż La Lagunę. Mniej liczą się tu wąskie uliczki, a bardziej otwarte place, woda i cień parkowych drzew. To miasto pokazuje się od strony przestrzeni, nie kamiennego detalu.
Oba miasta zrosły się w jeden obszar metropolitalny, a najlepiej widać to z okna tramwaju. Linia 1 spina centrum Santa Cruz z centrum La Laguny i przez większą część dnia jedzie pełna - studentów, urzędników i tych, którzy mieszkają w jednym mieście, a pracują w drugim. To nie atrakcja turystyczna, lecz codzienne spoiwo, dzięki któremu granica między miastami właściwie się zaciera.
O komunikacji zbiorowej na całej wyspie - tramwaju, autobusach i biletach - więcej jest w osobnym artykule o transporcie publicznym.
Obie stolice dotykają oceanu, ale po przeciwnych stronach masywu Anaga i w zupełnie innym stylu. Santa Cruz otwiera się na wschód. Tuż za miastem leży rybacka dzielnica San Andrés, a przy niej Playa de las Teresitas - złota plaża otwarta w 1973 roku, usypana z piasku sprowadzonego z Sahary.
La Laguna ma morze po drugiej stronie grzbietu, na chłodniejszej północy. Jej kawałek wybrzeża to Punta del Hidalgo i Bajamar - lawowe brzegi, naturalne baseny w zastygłej skale i fale otwartego Atlantyku, bez złotego piasku i parasoli. Ten sam masyw Anaga, dwa różne nastroje. Dziką, leśną stronę samego masywu opisuje osobno artykuł o Anadze.
Wybór między tymi brzegami to w gruncie rzeczy wybór nastroju. Jednych ciągnie złoty piasek i osłonięta zatoka stolicy, innych surowa, lawowa północ La Laguny. Metropolia daje jedno i drugie w zasięgu krótkiej jazdy.
Wieczorem różnica między stolicami robi się wyraźniejsza. Ta nadmorska stawia na wielką, uliczną skalę. Jej karnawał uchodzi za jeden z największych na świecie, zaraz po tym w Rio de Janeiro, a od 1980 roku ma rangę święta o znaczeniu międzynarodowym. W jego trakcie całe centrum zamienia się w jedną otwartą scenę.
La Laguna wybiera ton kameralny. Jej wieczór rozgrywa się nie na jednej wielkiej scenie, lecz na placach, w pieszym centrum i w barach pełnych studentów - to miasto wychodzi po zmroku spokojniej i bliżej. Koncert przy świecach jest tu raczej ilustracją tego klimatu niż jego definicją. Swoje wielkie święta La Laguna też ma - Corpus Christi z kwiatowymi dywanami na ulicach i lipcową Romería de San Benito Abad - ale na co dzień jej energia jest cichsza, bardziej skupiona niż w stolicy.
To w gruncie rzeczy dwa temperamenty tej samej metropolii - jeden głośny i widowiskowy, drugi cichy i kameralny - które najłatwiej poczuć właśnie po zmroku.
Skalę i klimat samego karnawału rozkłada na czynniki osobny artykuł o karnawale na Teneryfie.
Najprościej potraktować je jako jeden cel z dwiema częściami. Dobrze sprawdza się plan: rano spokojna La Laguna, w środku dnia przejazd tramwajem, a wieczór nad oceanem w Santa Cruz - albo na odwrót, jeśli kolacja ma być w cichszym mieście. Autem dojeżdża się tu autostradami TF-1 i TF-5, ale w obu centrach lepiej zostawić samochód na obrzeżach i przejść się pieszo. Warto też pamiętać o jednej rzeczy, której nie widać na mapie: La Laguna leży wyżej i wieczorem bywa wyraźnie chłodniejsza niż nadmorska stolica, więc lekka kurtka często okazuje się rozsądniejsza niż strój plażowy.
Największą zaletą tej pary jest właśnie to, że leżą tak blisko. Nie trzeba wybierać jednej tożsamości wyspy - dawnej czy obecnej, kamiennej czy portowej - bo obie są na wyciągnięcie ręki, jedną linią tramwaju.