Z lądu klify Los Gigantes wyglądają na jedną ciemną kurtynę zamykającą wybrzeże. Wystarczy podejść pod nie pontonem na kilkadziesiąt metrów, żeby ta kurtyna rozpadła się na osobne ściany, żleby i stożki obsypanego kamienia. Wtedy też przestaje się zgadzać skala, bo dopiero z dołu widać, że to, co z brzegu wygląda na ciemną plamę u podnóża, jest głazem wielkości samochodu.
Łodzie wychodzą z niewielkiej mariny wciśniętej między falochron a stok miasteczka Los Gigantes. Obok dużych katamaranów stoją tu żółte łodzie półsztywne (RIB) z rzędami siedzeń, zabierające po kilkanaście osób. Mają sztywny kadłub i pneumatyczne burty, a w ofertach rejsów występują zwykle po prostu jako pontony. Są niskie i szybkie, idzie się na nich tuż nad wodą i podchodzą bliżej skał. Opisana tu wcześniej wyprawa z Costa Adeje miała inny charakter, bo szła znacznie wolniej i celowała w otwartą wodę, nie w skały.

Zaraz po wyjściu z portu ściana zaczyna rosnąć po prawej burcie. Pierwsze kilometry pokonuje się jednak w drugą stronę, na południe, bo tam zwykle przebywają zwierzęta.
Czarne płetwy na szarej wodzie
Wody między Teneryfą a La Gomerą mają dwa gatunki obecne tu przez cały rok. To grindwale krótkopłetwe i delfiny butlonose. Reszta z dwudziestu trzech gatunków notowanych w tym rejonie przepływa tędy sezonowo. Populację samych grindwali szacuje się na czterysta do pięciuset osobników i bywa opisywana jako najgęstsza na świecie. Nie chodzi więc o przypadkowe spotkanie, tylko o zwierzęta, które tu po prostu mieszkają.
Stado znalazło się mniej więcej na wysokości Playa San Juan, jakieś dwa i pół kilometra od brzegu. Woda marszczyła się wtedy drobną falą, a płetwy pojawiały się bez uprzedzenia, po dwie albo trzy naraz. Grindwala łatwo odróżnić od delfina po samej płetwie, bo jest niska, szeroka u nasady i mocno zagięta do tyłu, zupełnie inna niż wysoki trójkąt delfina.

Silnik gaśnie i przez kilkanaście minut nie dzieje się prawie nic. Zwierzęta oddychają, znikają, wracają w innym miejscu, a łódź dryfuje. To rytm, którego nie da się przyspieszyć, i on właśnie odróżnia obserwację waleni od pokazu.
Ściana, której nie widać z lądu
Powrót na północ prowadzi już wzdłuż klifów. Ich ściana ciągnie się kilka kilometrów i sięga od trzystu do sześciuset metrów, opadając wprost do wody. To zachodnia krawędź masywu Teno, jednego z trzech najstarszych fragmentów wyspy, a nie, jak sugerują katalogi wycieczek, atrakcja południa. Południe kończy się dużo wcześniej.

Z bliska widać, z czego ta ściana jest zbudowana. Poziome pasma to kolejne wylewy lawy, jedne na drugich, rozdzielone cieńszymi warstwami czerwonawego, przepalonego materiału. W poprzek tego układu biegną wąskie pionowe żyły jaśniejszej skały, którymi lawa podchodziła kiedyś ku górze. Cała ta konstrukcja jest starta od dołu przez fale, więc u podstawy ściana bywa podcięta i wchodzi w cień.

Przystań, do której nie prowadzi żadna droga
Mniej więcej w połowie ściany otwiera się wcięcie, w którym kończy się wąwóz Masca. Wąwóz ma blisko sześć kilometrów, ściany miejscami powyżej dwustu metrów i schodzi z wioski Masca aż do wody. Sama wioska, wbrew częstemu skojarzeniu z drogą od Santiago del Teide, leży już w gminie Buenavista del Norte.
Na dole stoi betonowy pomost z metalową kładką, kamienista plaża i kilka zabudowań wśród palm. Nie dojeżdża tu żadna droga. Wąwóz pokonuje się wyłącznie w dół, od wioski Masca do wody, a wyjście z niego prowadzi już tylko przez morze. Łodzie z Los Gigantes zabierają więc stąd wszystkich, którzy zeszli szlakiem.
Stan na lipiec 2026: zejście wąwozem wymaga wcześniejszej rezerwacji i dojazdu obowiązkowym autobusem z Santiago del Teide, a bilet na rejs powrotny trzeba mieć wykupiony jeszcze przed wejściem na szlak. Zasady bywają zmieniane, więc przed wyjazdem najlepiej sprawdzić je u źródła.

Kilkadziesiąt metrów dalej ponton podchodzi pod samą skałę i wtedy widać rzecz, której z odległości nie sposób zauważyć. Po czarnych głazach tuż nad linią wody chodzą dziesiątki czerwonych krabów, wyraźnie odcinających się od tła. Schodzą do strefy zalewanej przez fale i uciekają w górę razem z każdym większym uderzeniem.

Droga powrotna biegnie tuż przy ścianie. W kilku miejscach fale wydrążyły u jej podstawy groty, a skała nad nimi rozpada się na pionowe słupy o regularnych krawędziach. Przy samej wodzie widać najlepiej, jak bardzo ta ściana jest spękana i jak niewiele trzeba, żeby oderwał się od niej kolejny blok.
Ostatni odcinek przed powrotem do portu daje jeszcze raz cały widok z dystansu. Żaglówka pod ścianą wygląda z niego jak drobny biały punkt i to ona najlepiej porządkuje skalę tego miejsca.

Zanim się wypłynie
Cały rejs zajmuje około dwóch godzin i przez większość tego czasu nie ma gdzie schować się przed słońcem. Odbite od wody daje w skórę mocniej, niż się wydaje, więc krem z filtrem i nakrycie głowy nie są przesadą. Na pontonie dochodzi jeszcze zachlapanie, bo przy szybszej jeździe woda przelatuje przez burtę, a sprzęt lepiej trzymać w czymś szczelnym.
Kto źle znosi kołysanie, powinien wybrać raczej katamaran niż ponton. Ponton jest szybszy i podchodzi bliżej skał, ale mocniej uderza w falę i nie ma na nim gdzie usiąść w cieniu. Trzeba się też liczyć z tym, że stado w ogóle nie wypłynie na dłużej. Przy dobrze prowadzonym rejsie nikt nie będzie go wtedy ścigał ani spychał łodzi pod same zwierzęta.
Widok spod ściany zostaje jednak niezależnie od tego, czy zwierzęta pokażą się na dłużej. Z góry klify Los Gigantes są ładnym tłem zdjęcia, a z dołu, z poziomu wody, po raz pierwszy widać, jak niewielkim punktem jest przy nich łódź.
Redakcja „Poznaj Teneryfę”










