Większość miasteczek na Teneryfie ma jeden powód, dla którego się je odwiedza. Icod de los Vinos ma ich co najmniej cztery: najstarsze smocze drzewo wyspy, wino, które kiedyś piła Europa, największy tunel lawowy kontynentu i czarna plaża schowana pod klifem. Wszystkie mieszczą się w promieniu kilku kilometrów. To miasto na północno-zachodnim zboczu nie jest pojedynczą atrakcją, lecz całym skrótem Teneryfy, ułożonym pionowo od grzbietu Teide po linię oceanu.
Ten artykuł nie próbuje rozbić Icod na osobne atrakcje. Czyta je jako jedno miejsce, w którym przyroda, historia i ocean spotykają się na jednym zboczu. To zarazem najlepszy sposób, by zrozumieć, skąd w nazwie miasteczka wzięło się „od win".
Najpierw widać koronę. Zanim jeszcze dojdzie się do wejścia, ponad murem i pobielanymi domami wyrasta ciemna, parasolowata sylwetka, która od stuleci znaczy jedno: to jest Icod. Drago Milenario, najstarszy i najokazalszy okaz smoczego drzewa na Teneryfie, stoi tu jako żywy symbol całej wyspy, a nie tylko jednego miasteczka.
Z bliska zaczynają się liczby, które trudno objąć wzrokiem. Pień rozdziela się w górze na ponad trzysta konarów, a całą masę drzewa szacuje się na blisko sto czterdzieści ton. Jego wiek pozostaje sporny. Przydomek „Milenario" obiecuje tysiąc lat, choć część badaczy mówi raczej o połowie tego, a rozstrzygnięcie utrudnia biologia gatunku. Smocze drzewo to nie drzewo w ścisłym sensie, lecz roślina jednoliścienna bliżej spokrewniona ze szparagiem niż z dębem, i nie tworzy rocznych słojów, których dałoby się policzyć.
Nazwa rodzaju nawiązuje do legend o krwi smoka. Nacięta kora wydziela żywicę, która na powietrzu czerwienieje, a tę „smoczą krew" (hiszp. sangre de drago) Guanczowie uważali za substancję o magicznej i leczniczej mocy. Później barwiono nią tkaniny i wyrabiano werniksy. To rzadki przypadek, w którym mit i botanika mówią dokładnie to samo: drzewo naprawdę krwawi na czerwono.
Park rozłożony wokół niego, opisany szerzej we wpisie o Parque del Drago, jest czymś więcej niż oprawą dla jednego okazu. Ścieżki wiją się tu między palmami kanaryjskimi, agawami i sukulentami, schodzą do niewielkiego wąwozu i prowadzą przez ogród zielarski aż po część etnograficzną. W sąsiedztwie działają jeszcze ogród motyli Mariposario del Drago i Casa del Plátano z plantacją bananowców, więc samo podnóże drzewa zamienia się w mały kompleks ogrodów.
Drago najlepiej oglądać z kilku poziomów parku, bo z każdego tarasu pokazuje inną proporcję między koroną, palmami i oceanem w tle. Sąsiednie ogrody dopowiadają resztę krajobrazu tej części miasta, od egzotycznych motyli po kanaryjskie bananowce.
Drzewo i ogrody bywają pierwszym przystankiem w Icod, ale ich obecność czuć w całym mieście. Korona Drago wraca w panoramach z niemal każdej ulicy, jakby wyznaczała środek miasteczka.
Druga część nazwy miasta nie jest ozdobą. „De los Vinos" znaczy dosłownie „od win", a w XVI wieku Icod było jednym z głównych ośrodków winiarskich Teneryfy. Słodkie, wzmacniane wino z winogron malvasía stąd i z sąsiednich gmin trafiało na stoły europejskich dworów, a wyspa w XVI–XVIII wieku była największym eksporterem wina w Europie, wysyłając w szczytowych latach miliony litrów rocznie.
To wino zrobiło karierę także w literaturze. W Anglii znano je jako „canary sack" albo „malmsey", a William Shakespeare wkładał pochwały kanaryjskiego trunku w usta swoich bohaterów. Wino, o którym u Szekspira powiada się, że „przenika krew, zanim zdążysz spytać: a to co?", to właśnie malvasía. Niewiele wiejskich gospodarek na świecie może powiedzieć, że ich produkt cytowano ze sceny Globe Theatre.
Tradycja nie skończyła się na eksporcie. Przy samym Parque del Drago działa winoteka Museo de Malvasía, a w mieście wciąż można skosztować win z lokalnych winnic. Dawny sposób ich wyrobu przypomina kamienna tłocznia z masywną belką i beczkami, zrekonstruowana w części etnograficznej parku.
Poza winem starówka żyje własnym rytmem. Wąskie uliczki z drewnianymi balkonami, barokowy kościół św. Marka i dawne rezydencje z XVI wieku układają się w jeden z lepiej zachowanych zespołów zabytkowych północy. Najwięcej z tej miejskiej, codziennej strony Icod pokazuje osobny przewodnik po miasteczku.
Najbardziej zaskakująca część Icod nie jest widoczna z powierzchni. Na zboczach nad miastem otwiera się Cueva del Viento, czyli Jaskinia Wiatru, największy wulkaniczny tunel lawowy w Europie i jeden z najdłuższych na świecie. Powstał około dwudziestu siedmiu tysięcy lat temu w czasie erupcji wulkanu Pico Viejo, sąsiada El Teide, a jego korytarze ciągną się kilometrami pod tą samą gminą, której pocztówkowym symbolem pozostaje smocze drzewo.
Tym, co wyróżnia tę jaskinię w skali świata, jest jej budowa. Lawa drążyła tu nie jeden kanał, lecz trzy nałożone na siebie poziomy korytarzy, a we wnętrzu zastygła w lawowe stalaktyty, kamienne tarasy i znieruchomiałe wodospady, jakich trudno spodziewać się w sercu wulkanu. Zwiedzanie, opisane szerzej we wpisie o Cueva del Viento, prowadzi tylko przez niewielki, bezpieczny odcinek, ale wystarcza on, żeby poczuć, że pod zielonym zboczem kryje się drugi, czarny świat.
Wizyta wymaga wcześniejszej organizacji, bo to nie jest miejsce, do którego wchodzi się z marszu. Dlatego warto połączyć ją z resztą miasta dopiero po rezerwacji terminu.
Cueva del Viento zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem i po wcześniejszej rezerwacji. We wnętrzu panuje około 14°C przy wysokiej wilgotności, więc przydaje się ciepła odzież i pełne, stabilne obuwie. Cała wycieczka trwa około dwóch i pół godziny, łącznie z dojazdem do wejścia.
Po wyjściu na powierzchnię kontrast uderza najmocniej. Po godzinie w czarnym, chłodnym tunelu zielone zbocze nad Icod wydaje się nagle oślepiająco jasne. Więcej kadrów z wnętrza jaskini i otaczających ją pól lawowych zebrano w galerii Cueva del Viento.
Najniższy punkt tej opowieści leży nad samą wodą. Kilka kilometrów na północ od starówki droga schodzi do San Marcos, nadmorskiej wioski, która przez wieki była portem i miejscem budowy statków dla hiszpańskiej floty. Dziś to spokojny kontrapunkt dla zatłoczonych kurortów południa, gdzie życie toczy się wokół jednej zatoki.
Sercem wioski jest Playa de San Marcos, kamienisto-piaszczysta plaża z czarnym, wulkanicznym piaskiem, schowana w zatoce zamkniętej przez klify. Osłona od fal sprawia, że woda bywa tu spokojna nawet zimą, a wzdłuż brzegu ciągnie się krótki deptak z restauracjami serwującymi lokalne tapas nad samym oceanem. To miejsce, w którym wulkaniczna północ wyspy domyka się w najbardziej dosłowny sposób. Lawa, która zbudowała Cueva del Viento, kończy swój bieg właśnie tu, jako czarny piasek pod stopami.
Przy samej wodzie stoją kościół i kaplica z XVI wieku - oba wzniesione w czasach, gdy wioska żyła ze stoczni i morza. Ich historia i reszta wioski schodzącej ku zatoce opisane są w osobnych wpisach poświęconych tej części wybrzeża.
Icod de los Vinos da się zwiedzić w pół dnia, ale lepiej potraktować je jak przekrój całej wyspy ułożony na jednym zboczu. U góry stoi drzewo, które stało się symbolem Teneryfy. Niżej leży miasto, które kiedyś sprzedawało swoje wino angielskim dworom. Pod nim ciągnie się tunel zastygłej lawy sprzed dwudziestu siedmiu tysięcy lat. A na samym dole czeka czarna plaża, na której ta sama lawa kończy swój bieg w oceanie.
Niewiele miejsc na Teneryfie tak dobrze pokazuje, że wyspa jest pionowa. W Icod wystarczy zjechać kilka kilometrów w dół, żeby przejść od tysiącletniego drzewa do linii przyboju i po drodze dotknąć całej historii tej części wyspy.